Wykorzystując wolne od szkoły 12 listopada, grupa najdzielniejszych "eresemowiczów" wybrała sie na wycieczkę integracyjną (12-13.11) z noclegiem w domu rekolekcujnym Księży Sercanów w Węglówce. Zachęcam serdecznie do przeczytania całej (choć długiej) relacji z tego wydarzenia. Oto fragment:

"Po drodze ładnie zmówiliśmy różaniec w intencji naszego moderatora. Najzwyczajniej baliśmy się o jego życie, bo z ust każdej osoby z naszego siedmioosobowego grona dało się słyszeć, że ta noc może być dla niego ostatnią. Podobno najbardziej i najszybciej ludzie zaprzyjaźniają się gdy mają jednego wroga. Oczywiście nie sugeruję, że nasz wspaniały father na tamte chwile stał się naszym wrogiem… Skądże znowu…"

Czyta sie jak kryminał, albo dobrą komedię... (polecam! ks. Piotr vel. Father Piter)

WĘGLÓWKA 12-13.11.2010

 

W piątek poranna pobudka… Pora nieszczególnie wymarzona, ale czego się nie robi, żeby integrować się ze wspaniałą RSM-owską grupą.

Do autobusu wsiedliśmy zaspani, ale radośni i pełni nadziei, że wyjazd będzie udany.

Nasz moderator o to zadbał…

Na dworcu trochę pochodziliśmy w poszukiwaniu busa, ale w końcu się udało.

Dojechaliśmy do niestety nie pamiętam jakiej miejscowości (Myślenic!). Niestety zaczęło padać, ale nie zmartwiła nas nawet brzydka pogoda. Do czasu… Moderator postanowił uświadomić grupę, że teraz czeka nas marsz do Węglówki. Jedyne 15   km, ale co to dla nas… Za wszelką cenę staraliśmy się go przekonać, że nie jest to najszczęśliwszy pomysł. Twardo stawiał na swoim, ale wygraną mieliśmy w kieszeni. Nie miał szans 7/1.

Przegłosowany father Piter (ks. Piotr Chmielecki SCJ) podreptał z nami na busa. Kierunek – Stadniki. (Dojechaliśmy do z Myślenic do Dobczyc, a dalej na nogach ok. 3 km – dla niektórych to już było dużo ;)

Dojechaliśmy szybciutko, a tam przywitano nas ciepłą herbatką i ciastkami. Wiedzieli czego nam potrzeba…

Po jedzeniu nadszedł czas na zwiedzanie seminarium. Nasz moderator zna każdy kąt tego

budynku, więc wszędzie ładnie nas oprowadził. Wszystkim seminarium się podobało.

Jest strasznie duże i odnowione. Niestety nie dane nam było poznać kleryków, ale za to w klasie której numeru chyba nikt z nas nie pamięta namalowaliśmy im na tablicy co nam w duszy grało. Np. Piotrek narysował herb Wisły, a dziewczyny pozdrowienia dla wspaniałych kleryków, kwiatuszki, serduszka, buziaczki i zaproszenie na Saską 2.

Więcej szkód nie narobiliśmy, chyba, że ktoś nie bardzo chce się przyznać…

Po angielsku opuściliśmy Seminarium i ruszyliśmy w dalszą trasę.

Father oprowadził nas po cmentarzu dla Sercanów (cmentarzu parafialnym w Stadnikach z dwoma sektorami przeznaczonymi na pochówek Księży Sercanów) pokazując nam miejsce, gdzie przy normalnym trybie życia powinien się znaleźć. Powiało grozą, ale obiecaliśmy, że będziemy go odwiedzać. Potem drałowaliśmy pod górę. Nawet nie chcę pamiętać ile, zwłaszcza, że trasa prowadziła przez las. Po ciężkich chwilach w lesie doszliśmy do góry Olimp, gdzie jak głosi legenda przychodzą klerycy.

Długo szliśmy przez las, a potem przez boczne dróżki, aż w końcu doszliśmy do przystanku i szczęśliwym zbiegiem okoliczności okazało się, że akurat kiedy zrezygnowani zaczęliśmy ruszać przyjechał busik.

Podjechaliśmy ok. 2 km, ale dalej do Węglówki było jeszcze ok. 7 km i w dodatku zaczęło się ściemniać… Na przystanku był miły pan, który powiedział nam, że bus powinien być za ok.40min. Powinien, bo był za 1,5h. Dziewczyny trzęsły się z zimna, Mateusz opowiadał coś o okultystycznych słonikach z trąbą do góry, natomiast moderator i Piotr świetnie się bawili śpiworami… Jak dzieci…

Po pełnym nadziei oczekiwaniu przyjechał wymodlony bus. Podwiózł nas trochę, ale, żeby nie było nam za wesoło, dowiedzieliśmy się, że do celu zostało ok. 3km… Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że padaliśmy z nóg. Dobrze chociaż, że księżyc mocno świecił, bo inaczej byłoby z nami kiepsko… Trasa jak każda w przeciągu tego wyjazdu prowadziła pod górę.

Po drodze ładnie zmówiliśmy różaniec w intencji naszego moderatora. Najzwyczajniej baliśmy się o jego życie, bo z ust każdej osoby z naszego siedmioosobowego grona dało się słyszeć, że ta noc może być dla niego ostatnią. Podobno najbardziej i najszybciej ludzie zaprzyjaźniają się gdy mają jednego wroga. Oczywiście nie sugeruję, że nasz wspaniały father na tamte chwile stał się naszym wrogiem… Skądże znowu…

W końcu w oddali zobaczyliśmy kościół. Były to cudowne chwile radości.

Znalazło się jeszcze dwóch takich śmiałków, którzy wybrali się do sklepu. Byli nimi Piotr

i Karolina. Niestety nic dobrego nie przynieśli, gdyż bardzo nieuprzejmi ludzie prowadzili ów sklep i nie chcieli im otworzyć.

W domu zostaliśmy rozlokowani w pokojach i zeszliśmy na kolację.

Nasz moderator w ramach pokuty zrobił nam jajecznicę. Musimy go jeszcze trochę poduczyć, bo jego jajecznica jest mało ścięta, ale w końcu liczą się chęci. Ilona nie lubi jajecznicy, więc father ugotował 3 (6) jajka w największym garnku jaki tylko znalazł… Faceci…

Dostaliśmy pół godziny na posprzątanie po kolacji, umycie się i odpoczęcie. Drugiego punktu programu nikt nie spełnił chyba tylko poza ks. Piotrem, gdyż wszyscy byli zbyt zmęczeni.

O ustalonej godzinie w pokoju numer 13 odbyła się msza święta.

Wszystkim uczestnikom bardzo spodobał się zestaw „małego księdza” do odprawiania mszy w każdych warunkach. Ks. Piotr oszczędził nam w tym dniu kazania. Chyba nie chciał się bardziej narażać… Czytanie przeczytał Piotrek, a psalm zaśpiewała Karolina.

Po mszy śpiewaliśmy piosenki, a potem się rozeszliśmy.

Czasu mieliśmy ok. 20 min., bo później moderator zwołał nas na kolejny punkt programu. Mieliśmy grać w Mafię, ale było nas zbyt mało.. Justyna i Ilona z powodu drobnych braków w naszej grupie przyprowadziły czterech kolegów, których serdecznie pozdrawiamy. Zaczęliśmy grać. Father Piter był prowadzącym i świetnie mu to wychodziło. My natomiast w każdym rozdaniu moglibyśmy być kimś innym. Mateusz zazwyczaj był policjantem, jednak odpadał jako jeden z pierwszych, bo za każdym razem wszyscy podejrzewali go o bycie w mafii. Potem tylko się z nas śmiał, że nie umiemy grać. Skomplikowana gra, ale jakoś sobie poradziliśmy.

Potem wszyscy ładnie poszliśmy się myć. Przed spaniem opowiadaliśmy sobie jeszcze cudowne historie z życia wzięte, a potem do spania.

W końcu trzeba było porządnie odpocząć, bo na drugi dzień mieliśmy wracać do Krakowa, a trasę znał tylko nasz wspaniałomyślny moderator…

Father w obawie o swoje cenne życie (a miał się czego bać, bo przez cały dzień słyszał od nas groźby karalne) zamknął się w pokoju i nie wychodził stamtąd pod żadnym pozorem.

Noc minęła nadzwyczaj szybko… Ciekawe dlaczego? Czyżbyśmy byli zmęczeni? Nieee…

Przecież codziennie chodzimy do szkoły takimi trasami. Jesteśmy więc przyzwyczajeni.

Rano wstaliśmy z łóżek i poszliśmy ogarnąć się do łazienki. Potem było śniadanko. Tym razem parówki.

Bardzo przepraszamy, że zabraliśmy ketchup z lodówki, który nie był nasz, ale nie wzięliśmy swojego, a parówki bez ketchupu nie przejdą.

Po posiłku grzeczne dzieci z Płaszowa wszystko posprzątały, tak, że aż błyszczało.

Chwilę później była msza święta. Tym razem father Piter wygłosił kazanie. Czytanie czytała Patrycja, a Karolina śpiewała psalm.

Po mszy ruszyliśmy w drogę do Krakowa.

Na początku wyprawy udaliśmy się do sklepu. W końcu musieliśmy się jakoś zaopatrzyć.

Pierwszym punktem podróży było obserwatorium astronomiczne.

Długo do niego szliśmy. Baaardzo długo, a droga rzecz jasna prowadziła pod górę.

Po drodze się rozdzieliliśmy. Nasz moderator zostawił nas gdzieś daleko w tyle.

Potem zrobiliśmy krótki generalny odpoczynek. Ilona i Piotrek byli bardzo podirytowani całą zaistniałą sytuacją, ale obeszło się bez ofiar.

Po odpoczynku szliśmy jeszcze dość długo. W końcu doszliśmy do obserwatorium. Siedliśmy sobie przed budynkiem, zjedliśmy orzeszki ziemne Piotrka (które miał od ks. Piotra), popatrzyliśmy na obserwatorium

i poszliśmy dalej. Nie pytajcie po co szliśmy taką katorżniczą drogą, tylko po to, żeby popatrzeć na budynek…

Ku naszej radości droga tym razem prowadziła w dół. Moderator co chwilę krzyczał „ostrożnie”, „uwaga”, „ślisko”. Komfortowe warunki to na pewno nie były, ale nie mogliśmy siąść w środku lasu i użalać się nad sobą. Mateusz po licznych i dobijających jękach powiedział, że Jezus szedł na Golgotę i miał jeszcze krzyż. Po czym dodał, że my na pewno tez damy radę. Nie był entuzjastycznie nastawiony do wyprawy, ale jak trzeba, to trzeba.

Po drodze odmówiliśmy drogę krzyżową. Patrycja, Natalka i Karolina śpiewały, a Mateusz prowadził rozważania. Nawet father Piter się do nas nie przyznawał.

Po skończonej modlitwie śpiewaliśmy piosenki, a potem razem ze wspaniałym moderatorem odmówiliśmy koronkę (do Bożego Miłosierdzia).

Cudem doszliśmy do głównej drogi. Ku naszemu zadowoleniu zobaczyliśmy przystanek. Uradowani pobiegliśmy zobaczyć ile będziemy musieli czekać. Okazało się, że dość długo, bo bus jeździł od poniedziałku do piątku i w dodatku tylko o 7.15 (tym, którzy zgubili się w czasie przypomnę, że była sobota godz.ok.16.00). Mieliśmy śpiwory, więc na dobrą sprawę mogliśmy poczekać na przystanku do poniedziałku, ale ks. Piotr musiał wrócić tamtego dnia wieczorem na plebanię. Zrezygnowani wstaliśmy i ruszyliśmy zielonym szlakiem, który tym razem prowadził po asfalcie.

Szliśmy ok.10 minut. Nagle father zobaczył, że przy jakimś domu stoi bus. Poszedł zapytać się, czy dobry człowiek mógłby nas podwieźć do centrum Wiśniowej. Mężczyzna się nad nami zlitował i zawiózł nas do centrum miasteczka. (oczywiście ta litość kosztowała… na szczęście niewiele).

Bardzo serdecznie Panu dziękujemy!!!

Bus do Krakowa odjeżdżał za godzinę, więc mieliśmy trochę czasu, żeby pochodzić po mieście (; wiosce, dla ludzi z Krakowa wszystko gdzie jest trochę asfaltu i chodniki jest chyba miastem…). Niektórzy byli zbyt zmęczeni, żeby ruszyć się z przystanku, inni zaś zbyt głodni, żeby nie pójść w poszukiwaniu jedzenia. (dzieci były bardzo głodne, bo rano nie posłuchały opiekuna, któy apelował o zrobienie sobie kanapek, ale co tam oni wiedza lepiej, a potem skargi do rodziców... "mamo byłam głodna";)

Wytęskniony bus do Krakowa w końcu przyjechał.

W drodze ks. Piotr jeszcze raz pochwalił nas, że w naszym wieku nie dałby rady tyle iść i to tak trudną trasą. Ilona wypowiedziała się w imieniu nasz wszystkich, że my w jego wieku też… Ks. Piotr ma 27 lat. (Mam nadzieję, że nie będzie miał mi tego za złe).

W busie wszyscy szybko zasnęliśmy, na szczęście dla innych pasażerów.

Dowiedzieliśmy się, że na kolejną wycieczkę jedzie druga połowa RSM-u, a potem oaza.

Polecamy z całego serca!

Wspaniałym podsumowaniem wyjazdu była kłótnia jednego z pasażerów z kierowcą busa.

 

185 grzecznie na nas czekało. Jedynym minusem było to, że ledwo się do niego wepchaliśmy, ale przynajmniej nie musieliśmy się trzymać, bo było tyle ludzi.

Na Saskiej wszyscy się pożegnaliśmy. Byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi, że wyjazd integracyjny dobiegł końca…

Następnym razem o ile w ogóle się zdarzy, prosimy, aby nasz moderator nas wcześniej uświadomił.

DZIĘKUJEMY KSIĘŻE PIOTRZE!!!

 

Wystąpili:  ks. Piotr (moderator, father Piter ), Natalka, Justyna, Ilona, Patrycja, Karolina, Piotrek, Mateusz.

 

 

Karolina CuryłoKiss

 

tekst dopisany kursywą to moje dzieło, ks. Piotr


 

 

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com