Lekarze twierdzili też, że nie jest możliwe urodzenie dziecka przy takiej chorobie. Dlatego bardzo, ale to bardzo chcemy podziękować Najświętszej Matce Płaszowskiej za okazaną dobroć.

Pobraliśmy się 3 sierpnia 1985 roku i od początku bardzo chcieliśmy mieć dziecko. W ciążę zaszłam dopiero w lutym następnego roku. Byliśmy bardzo szczęśliwi. 21 maja w nocy musiałam jechać do szpitala, dostałam krwotok. Leżałam trzy tygodnie i trzy tygodnie trwała walka o życie mego dziecka. Nie udało się - poronienie nastąpiło 5 czerwca. Przeżyliśmy to bardzo. To było okropne. Nigdy nie myślałam, że może mnie coś takiego spotkać. Ze szpitala wyszłam 10 czerwca.

Lekarze stwierdzili, że mam cystę na jajniku i muszę poddać się operacji. Bardzo się jej bałam, gdyż wiedziałam, że po niej mogę nie mieć dzieci. Ze swymi zmartwieniami i prośbami udaliśmy się do Matki Najświętszej. W każdy wieczór wspólnie z mężem odmawialiśmy różaniec, prosząc Matkę Bożą o tę małą istotkę. Na operację się nie zdecydowaliśmy.

Kiedy ponownie zaszłam w ciążę w styczniu 1987 roku, wszystko się powtórzyło. Krwotok, szpital i stwierdzenie lekarza: to poronienie. Poronienie nastąpiło 13 lutego 1987 roku. W szpitalu przebywałam do 16 lutego i w tym czasie odbywała się zamówiona msza święta z prośbą do Matki Najświętszej o moje zdrowie. Przy wypisie ze szpitala lekarze nadal nalegali, abym zgodziła się na operację, bo cysta jest niebezpieczna. Na moje pytania: czy będę miała dzieci, odpowiadali: raczej nie. Po czterech miesiącach poszłam na badania kontrolne i okazało się, że cysta w tym czasie bardzo się powiększyła i muszę poddać się przewidywanej operacji. Na początku czerwca dostałam skierowanie do szpitala. Nie zgłosiłam się. Nadal z mężem bardzo prosiliśmy Matkę Najświętszą, odmawiając różaniec, aby wszystko odmieniło się, abyśmy mogli mieć tę małą istotkę.

Zdecydowaliśmy się jeszcze raz, nieustannie się modląc. W ciążę zaszłam w czerwcu 1987 roku. Gdy byliśmy tego już pewni, pobiegliśmy do kościoła, do naszej Matki, błagając Ją o pomoc. Było bardzo trudno, leżałam 8 miesięcy, ale przy pomocy Matki Najświętszej dotrwałam do końca. Odbyła się msza święta z prośbą o szczęśliwe rozwiązanie. Córkę Kasię urodziłam 13 marca 1988 roku. Poród był bardzo ciężki, pośladkowy. Lekarze wcześniej zadecydowali, że musi być cesarskie cięcie, lecz ja znowu prosiłam gorąco o pomoc naszą Najświętszą Matkę Płaszowską. Zostałam wysłuchana - urodziłam sama, przy pomocy lekarzy, nie było "cesarki".

Jesteśmy z mężem szczęśliwymi rodzicami. Wszystko, co mamy najdroższe, zawdzięczamy Matce Najświętszej. Po trzech miesiącach po porodzie poszłam do ginekologa na badania kontrolne. Lekarz po przebadaniu stwierdził, że cysty nie ma. Był bardzo zaskoczony i powiedział, że nie wie, co ma o tym sądzić, bo z lekarskiego punktu widzenia jest niemożliwe, aby cysta sama zniknęła. Lekarze twierdzili też, że nie jest możliwe urodzenie dziecka przy takiej chorobie. Dlatego bardzo, ale to bardzo chcemy podziękować Najświętszej Matce Płaszowskiej za okazaną dobroć.

Matuchno Ukochana, my wiemy, że to wszystko Tobie zawdzięczamy. Prosimy - nie opuszczaj nas!

K. i Z. K.

 

Góra strony