Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa

Parafia
Najświętszego Serca
Pana Jezusa

Sanktuarium Matki Bożej Błogosławionego Macierzyństwa

Relacja z wyjazdu do Rzepisk

2 lutego, niby dzień jak co dzień, a jednak nie koniecznie. Grupa młodych ludzi udaje się na wyjazd integracyjny, który miał się dla nich okazać niezapomnianym.
Wszyscy uczestnicy zebrali się na Dworcu PKS w Krakowie. Uczestnikami wyjazdu byli: Ks. Łukasz Grzejda scj (zwany później ks. Łukenem) oraz Majken, Anken, Sylwen, Kingen, Magden i Sławken (który robił również za służącego dziewczyn).

 
W bardzo radosnej atmosferze wyruszyliśmy do Nowego Targu, aby tam przesiąść się na busa do Rzepisk, celu naszej podróży. Oczywiście nie wszystko mogło pójść zgodnie z planem, już w Nowym Targu pojawił się pierwszy problem. Na czas ferii busy do Rzepisk zawieszone, jednak ku naszej radości spod Galerii Handlowej jeździły busy do sąsiedniej miejscowości - Jurgowa. Mieliśmy tylko wysiąść na „pewnym skrzyżowaniu”, a stamtąd już prosta droga do naszego ośrodka. Prosta ale długa - 2 i pół kilometra z bagażami. No ale jak na oazowiczów przystało bez zbędnego marudzenia ruszyliśmy w drogę. Oczywiście w trakcie nie było już tak pięknie, mieliśmy kilka gorszych momentów ale po jakimś czasie cali i zdrowi przybyliśmy na miejsce.

Co prawda zgubiliśmy po drodze dwie pary butów narciarskich, ale zaraz je odnaleźliśmy. Widok na piękne Tatry od razu odebrał całe zmęczenie. Ośrodek też był niesamowity chociaż nie trudno było się zgubić w licznych korytarzach. Po rozdzieleniu pokojów i pohuśtaniu na huśtawce dziewczyny zaczęły rozwijać swój talent do dekorowania wnętrz w stylu: ”artystyczny nieład”. Następnie zwiedzanie ośrodka, a potem czekał na nas bardzo dobry posiłek i kolejny punkt programu - rekreacja, którym było siedzenie w najfajniejszym pokoju pod nazwą  „Janosik” i nierobieniu niczego. Później wszyscy, którzy nie byli w kościele udali się na wieczorną Mszę do kościółka parafialnego. Trzeba przyznać, że przetrwanie jej było trudne, niektórzy jednak mimo przeciwności próbowali towarzyszyć organiście w śpiewaniu, a było to nie lada wyczynem. Dzień zakończyliśmy spotkaniem przy filmie i garnku herbaty. Chociaż film był średni ważniejsze było towarzystwo w jakim się go oglądało, lub w przypadku Księdza Łukasza towarzystwo w jakim się spało;).Tak upłynął nam dzień pierwszy wyjazdu.

Drugi dzień rozpoczął się od wstawania do obejrzenia wschodu słońca. Wszystkie dziewczyny o 6:45 pojawiły się przy oknie aby obejrzeć to podobno niesamowite zjawisko. Do wschodu dotrwała… Kinga. Reszta wymiękła z powodu niesamowitego zimna no i oczywiście zmęczenia. Dzień zaczęliśmy od wspólnej Mszy Świętej w kaplicy a później pysznego śniadania. Następnie był czas na czynny odpoczynek, czyli narty. Zejście ze stoku było wyczynem chociaż dla Sylwii i Kingi przyjemnością. Już wtedy obie nauczyły się zjeżdżać (jak to powiedział Pan z wypożyczalni) mniej więcej na nartach - „Mniej na nartach, więcej na tyłku.”.  Bardziej doświadczeni w jeździe mężczyźni pomogli najpierw dziewczynom w wypożyczeniu sprzętu, następnie w ubraniu a później w nauce jazdy. Jedynie Magda nie chciała się uczyć jeździć więc zajęła się dokumentowaniem na zdjęciach poczynań koleżanek. Mimo wielu upadów dziewczyny dzielnie walczyły na stoku… a że jak wiadomo dziewczynom w życiu łatwiej wszystkie 3 zjeździły dużo więcej niż karnet na to pozwalał… no tak, ładne oczy i uśmiech – to zawsze pomaga ;) po męczącym południu spędzonym na stoku wróciliśmy do „stajenki” aby realizować pozostałe punkty programu, który sami ustaliliśmy dzień wcześniej.  Był czas min. na jedzenie: obiadokolację, integrację z łóżkiem lub szukanie sklepu który był zaraz za kościołem czyli rekreacja, modlitwę: adoracja połączona z nieszporami oraz ustalanie planu na dwa kolejne dni. Jednak najbardziej pamiętny wydarzeniem była tzw. odprawa animatorów na, której pojawił się również wyczekiwany przez nas kl. Zbigniew (który wysiadał z Busa na „pewnym rondzie”). Na odprawie tej nie zabrakło wielu zabawnych sytuacji które spowodowały przez nas wyćwiczenie mięśni brzucha. Odprawa ta zapoczątkowała też walkę o trofea w kategorii „Szydera roku”. Wieczór, tak jak poprzedni miał być integracyjnym punktem, tym razem jako „pidżama party”. Oczywiście był garnek z herbatą, chipsy, ciastka, film, wspaniała atmosfera i… TOSTY, które ks. Łuken musiał robić osobiście… No tak przecież nie mógł być gorszy od swojego kolegi po fachu ;). Tym razem wszyscy wytrwali do końca filmu.

Kolejny dzień, kolejny wschód…na który tym razem wstała Kinga, Zbyszek i ks. Łukasz… i mieli piękny widok – mgły która przysłoniła cały obraz. No trudno… Dzień zaczęliśmy od Jutrzni, Mszy, śniadania i nart… tym razem dziewczyny szusowały po stoku jak weteranki tego sportu, a Magda po wielu namowach razem ze Zbyszkiem zaczęła się uczyć. Ale narty nie były jedyną atrakcją tego dnia, czekała nas jeszcze wyprawa do Zakopanego. Po obiedzie mieliśmy się zacząć zbierać ale jak zwykle, kiedy ks Łukasz przyszedł aby nas zebrać 2 min przed zbiórką dziewczyny leżały jeszcze w łóżkach. Po pół godzinnej drodze doszliśmy do Jurgowa aby stamtąd dojechać do Zakopanego. W Jurgowie rozegrała się bitwa na śnieżki oraz sesja pod nazwą: „Sylwia chce zdjęcie ze Sławkiem.”. Po niedługim oczekiwaniu przyjechał nasz Bus. W Zakopanem czekała na nas kolejna atrakcja, a zarazem część czynnego wypoczynku: łyżwy. Tu szło nam lepiej niż na nartach chociaż na początku wszyscy chcieli hamować „pługiem”.  Dziewczyny, które zawsze wszystko załatwią dostały 8 budyniów od Tygrysa, które mieliśmy skonsumować po powrocie do ośrodka. Następnym punktem była dobra pizza w jednych z Zakopiańskich restauracji. Tam powstały nowe nazwy niektórych przedmiotów(swoją drogą nie słyszałam nigdy o kompocie pomarańczowym ;)) i nowe kategorie typu:  niezrozumienie roku. Później szybkie zakupy mleka do budyniu oraz pomadek dla pana z wypożyczalni, od orczyka, ks. Marka (proboszcza i opiekuna domu rekolekcyjnego „Stajenka”) i pań kucharek za wyrozumiałość i niesłychaną gościnność.
Powrót na szczęście okazał się dużo prostszy niż droga w tą stronę gdyż ks. Łukasz załatwił nam podwózkę pod sam ośrodek! Dlatego obeszło się bez zbędnego marudzenia. Jeszcze tylko spotkanie w kaplicy na adoracji i wieczór z kominkiem, który okazał się wielkim niewypałem… chociaż chłopcom szybko udało się w nim rozpalić (mimo braku koni). Niestety tak mały kominek w tak dużym zimnym pomieszczeniu za dużo nie dawał, dlatego nasze spotkanie integracyjne szybko przeniosło się do pokoju chłopaków, gdyż Janosika zajął kierowca, który przywiózł jedną z grup do ośrodka. W małym ale ciepłym pokoju dalej konkurowaliśmy o najwyższe trofea. Nie zabrakło też naszego cudownego garnka z herbatą.

Kolejny poranek, kolejny wschód tym razem bez mgły. Wstała znów Kinga, Zbyszek i Ks Łukasz aby udokumentować ten widok na zdjęciach. Jutrznia, śniadanie i… czas na podziękowanie wszystkim, którzy przyczynili się aby ten wyjazd był właśnie taki wyjątkowy. Później garnek herbaty w pokoju chłopaków i czas na pakowanie. Na szczęście tym razem nie musieliśmy iść z bagażami do pewnego ronda ani skrzyżowania gdyż kierowca, która spędził noc w Janosiku wziął nas ze sobą do Bukowiny Tatrzańskiej skąd po ok godzinnym oczekiwaniu i zakupieniu oscypków na drogę wyruszyliśmy autokarem prosto do Krakowa. Droga powrotna dłużyła się niesamowicie… a po powrocie? Wyścig z czasem aby zdążyć na osiemnastkową mszę Sylwii…

Wyjazd obfitował w wiele zabawnych sytuacji typu: picie z pustego kubka, rozpaczanie nad brakiem Misterium Męki Pańskiej w Stadnikach, otwieranie zawieszonych drzwi, zaprzyjaźnianiu się z pająkami pod prysznicem, wstawanie na zachody słońca, granie tarią kart i wiele, wiele innych…

Łaskami słynący obraz Matki Bożej Błogosławionego Macierzyństwa
Sanktuarium
Matki Bożej
Błogosławionego
Macierzyństwa